Czyli ukryty krzyk dziecka…

Często mówimy, że w każdym z nas jest ukryte małe dziecko. Z uśmiechem na twarzy przyglądamy się ojcu, który z pasją układa ze swoim synem klocki lego, z przymrużeniem oka patrzymy na dorosłą kobietę która ma upodobanie do różowych części garderoby. Ale już z niepokojem spoglądamy na tego samego mężczyznę, który wykazuje agresywne zachowania wobec swojego syna budując na strachu swojego dziecka niezaspokojoną w dzieciństwie potrzebę siły i pewności siebie, lub gdy ta sama kobieta domaga się od wszystkich uwagi, afirmacji i podziwu których nie otrzymała w dostatecznej ilości w dzieciństwie lub otrzymała je w nadmiarze.
Ostatnio moja znajoma opowiedziała mi zabawną historię. Przygotowując obiad w kuchni przez okno widzi starszego sąsiada, który pcha w stronę śmietnika dziecięcy wózek jej dziecka wraz z kocykiem i sankami, pozostawionymi przez nią w korytarzu. Najpierw patrzyła z niedowierzaniem a następnie wybiegła, aby zareagować na tak jawne naruszenie swojej własności. Gdy dobiegła i naskoczyła z pretensjami na starszego człowieka, ten jakby przebudził się z letargu, zaczął przepraszać i tłumaczyć się, że gdy zobaczył wózek a na nim kocyk i sanki, sądził że są przez kogoś porzucone i postanowił odstawić je do śmietnika… Moja znajoma opowiadając tą historię była zaskoczona też swoją reakcją: wybuchem gniewu i podniesionym głosem choć jak przyznaje, uważa się za opanowaną osobę i rzadko tak reaguje.
Śmieszna historia i zagadkowa gdyby nie właśnie dziecięcy wózek, kocyk i sanki… atrybuty i symbole dziecięcego świata, który każdy z nas przeżywał i… jak widać, nadal przeżywa. Co musiało odtworzyć się z tego dziecięcego świata w tym już starszym mężczyźnie, który postanowił te dziecięce atrybuty wyrzucić na śmietnik? Czy w ten sposób nieświadomie nie chciał zasygnalizować, że jego dziecięce potrzeby, uczucia, wrażliwość zlekceważone i pominięte czyli wyrzucone na „śmietnik”? Czy nieświadomie nie odtworzył dramatu swojego dzieciństwa? Ale w tej scenie jest też moja znajoma i jej agresywna reakcja… Czy w ten sposób nie odtworzyła nieświadomie swojego gniewu na bolesny fakt, że właśnie ktoś pragnie odebrać jej ciepło i bliskość matki o którą być może trzeba było tak walczyć w dzieciństwie?
Mało kto zdaje sobie sprawę że wiele naszych reakcji na różne sytuacje, trudności w relacjach z innymi, nieadaptacyjne sposoby przystosowania się do różnych sytuacji w naszym życiu noszą „ślady” naszych dziecięcej traumy. Mówimy że w naszym dorosłym życiu, w różnych sytuacjach dochodzi do głosu nasze małe dziecko ze swoimi niezaspokojonymi potrzebami. Jak odnaleźć drogę do naszego wewnętrznego dziecka, jak rozpoznać jego głos…

Powszechnie uważa się, że traumatyczne doświadczenia z dzieciństwa związane są z jawną lub ukrytą dysfunkcją: alkoholizm, przemoc fizyczna czy seksualna, choroba psychiczna któregoś z rodziców itp. Alice Miller w książce „Dramat udanego dzieciństwa” wskazuje, jak wiele zranień może mieć miejsce w sytuacjach pozornie udanego dzieciństwa. Wiele osób wspominając swoje dzieciństwo podkreśla że było udane i szczęśliwe podkreślając jakich mieli dobrych, troskliwych i kochających rodziców, jak ich dzieciństwo było beztroskie, wspominając wspólne wyjazdy na wakacje, grono kolegów, możliwość realizowania swoich zainteresowań. A jednak w dorosłym życiu pojawiają się niepokojące sygnały smutku, braku spontaniczności, wybuchy gniewu, rozczarowania, potrzeby kontrolowania innych i siebie, ciągłe niezadowolenie w związku, surowe oceniania siebie i innych.
Często za słowem „udane”, „szczęśliwe” stoi wewnętrzny strażnik, który chroni nas przed bolesnym odczuciem braku miłości, porzucenia lub wykorzystania emocjonalnego. Dziecko ma zdolność „dopasować” się do oczekiwań rodziców, do ich potrzeb, ich lęków rezygnując z wyrażania własnych potrzeb i uczuć. W ten sposób nieświadomie zapewniają sobie ich miłość i akceptację, płacąc za to rezygnacją z własnych dziecięcych potrzeb. Może w twoim domu panowała niepisana zasada: nie ufaj, nie mów, nie czuj…
Alice Miller w swojej książce pisze: „Nieustannie rozbudowując i doskonaląc umiejętność przystosowywania się, takie dzieci stają się w końcu nie tylko matkami (zaufanymi, pocieszycielami, doradcami i oparciem) swoich matek, ale przejmują również odpowiedzialność za rodzeństwo i wykształcają w sobie szczególną wrażliwość, dzięki której rozpoznają potrzeby innych ludzi.”
Autorka pisze dalej: „Dzieckiem można dysponować. Dziecko, podobnie jak oni kiedyś, nie ma dokąd uciec. Dziecko można wychować tak, ze stanie się w końcu dokładnie takim, jakie chcemy. Można żądać od niego szacunku, oczekiwać, że będzie myślało i czuło to samo co my, pławić się w jego miłości i podziwie, można poczuć się silnym w jego obecności, a jeśli ma się go dosyć, zostawić je obcym ludziom. Można też być w centrum zainteresowania, gdyż dziecięce oczy podążają za matką nieustannie. Jeżeli kobieta w relacji ze swoją matką musiała tłumić i wypierać te potrzeby, to w obecności własnego dziecka wydobywają się one z głębin nieświadomości, domagając się zaspokojenia, i nic nie pomoże najlepsze nawet teoretyczne przygotowanie. Dziecko czuje wyraźnie, o co chodzi, i szybko rezygnuje z wyrażania własnego cierpienia”.
To smutny obraz dziecięcego świata który został „ograbiony” i nieświadomie lub całkiem świadomie wykorzystany przez rodziców czy opiekunów, by zrekompensować sobie – kosztem dziecka – własne niezaspokojone potrzeby. Nietrudno się domyślić, jak ważne jest dotarcie do swojego wewnętrznego dziecka. Rozpoznać jego „wewnętrzny” głos, usłyszeć jego niemy krzyk i odkryć jak dramatycznie, często raniąc innych, próbujemy zaspokoić jego potrzeby w naszym dorosłym życiu.
„Słonecznik”
*Wszystkie teksty na blogu są tekstami autorskimi. Kopiowanie i umieszczanie ich na innych stronach bez zgody „Słonecznik” jest nieetyczne.